25.07.2015

04. A thousand ways to bomb Skylynn Hall.

Od razu przepraszam jeśli w rozdziale będą jakieś pomyłki, ale poprawiałam go i kończyłam na telefonie. xx
Justin's POV*
   O umówionej porze podjechałem pod dom Hallów, tym samym rezygnując ze spotkania z Riderem i Scottem. Nie byłem specjalnie zadowolony, ale narzekać też nie mogłem, w końcu musiałem pilnować interesów i trzymać się umowy. Przy okazji unikałem też niewygodnego tematu 'Dlaczego wyszedłeś?'. Nie powiedziałbym, że pracuję dla prezydenta, więc miałem jeszcze trochę czasu żeby wymyślić zwinne kłamstewko.
Cierpliwie czekałem, wybijając rytm piosenki A$AP'a Ferga palcami o kierownicę i patrzyłem przed siebie, żując gumę. Dostrzegłem we wstecznym lusterku jak Skylynn wychodzi z domu i z westchnieniem wyszedłem z auta otwierając jej drzwi.
   - Hej - przywitałem się, a dziewczyna odpowiedziała tym samym, siadając na miejscu, znów ubrana grzecznie w kremowy sweterek, czarne rurki i białe trampki, ale miała przy sobie torbę, co świadczyło tylko o jednym.
   - Justin - zawołał mnie Bruce, kiwając na mnie głową. Zamknąłem drzwi za Skylynn i podszedłem do jej ojca, patrząc na niego wyczekująco. - Na weekend muszę wyjechać do Waszyngtonu i wrócę dopiero w poniedziałek przed południem. Przez ten czas będziesz w domu ze Skylynn. - Wręczył mi w dłoń klucze. - Będziesz spał w pokoju gościnnym, jest przy moim biurze, więc na pewno znajdziesz, najwyżej Sky ci pokaże, jest o wszystkim dokładnie poinformowana. Reszty chyba nie muszę ci tłumaczyć, prawda?
   - Wszystko jasne. - Wymusiłem uśmiech i zrobiłem kilka kroków w tył.
   - Ufam ci. - Wymierzył we mnie palcem i także się cofnął. Rzuciłem jeszcze coś w stylu 'możesz na mnie liczyć' i wróciłem do samochodu, a Skylynn już była przebrana i umalowana, najwyraźniej wykorzystując przyciemniane szyby w moim aucie.
   No cóż, czarna dopasowana sukienka i rajstopy z siateczki nie pozostawiały sobie niczego do życzenia. Śmiało mogła tak lecieć do klubu Go Go. Jej mocny makijaż wywołał we mnie tylko westchnienie, przynajmniej włosy miała ładne.
   Aplauz ci się dziewczyno należy.
   Gdy znaleźliśmy się kawałek od jej domu, wyjęła z torebki ćwiartkę i odkręcając butelkę przycisnęła ją do ust biorąc dużego łyka.
   - Co ty robisz? - Wyrwałem jej alkohol, przez co się zakrztusiła i ochlapała. - Jesteś niepełnoletnia.
   - Wow, musiałeś się sporo naczytać żeby zdobyć taką wiedzę - wymamrotała, gdy przełknęła wódkę i upewniła się, że jej makijaż na tym nie ucierpiał. - Daj mi to, wszyscy pewnie już są podpici, nie pójdę tam na trzeźwo. - Wbiła wzrok w butelkę, a ja uchyliłem okno i bez słowa wyrzuciłem butelkę w rów. Skylynn rozchyliła z niedowierzaniem pełne wargi i przez dobrą minutę nie mogła wydusić z siebie słowa. Najwyraźniej mało osób robiło jej takie rzeczy.
   - Nie wierzę, że to zrobiłeś - warknęła tylko i naburmuszona odwróciła wzrok, zakładając ramiona na piersi. - I wyłącz ten chłam - dodała, wyłączając odtwarzacz.
   Wywróciłem oczami tłumiąc w sobie pokusę powiedzenia czegoś niestosownego. Gdy tak na nią patrzę i na to co robi, to się zastanawiam, czy to otoczenie ma na nią zły wpływ, czy to raczej ona ma je na nie. Pierwszy raz w swoim życiu spotykam osobę, która ma kłamanie dopracowane do perfekcji, do tego stopnia, że chyba jeszcze nigdy na żadnym się nie potknęła. Bezpośrednia, arogancka, pewna siebie, aż za bardzo i do tego szesnastka. Błagam was, to mogła być tylko córka prezydenta. Gówniara.
Jak dobrze, że Bóg był tak wspaniałomyślny i każdemu człowiekowi ofiarował ten cienki głosik w jego głowie. Gdybym nie miał możliwości karcenia jej za każdy chamski tekst w myślach, to już dawno znów by mnie zamknęli. Nie oszukujmy się, za każdym razem, gdy odzywała się tym swoim uroczym, dziewczęcym głosikiem, miałem ochotę wpakować jej w buzię granat. Wcześniej sądziłem, że te pięćdziesiąt milionów to dużo za dużo, ale po dwóch dniach uznałem, że powinienem jeszcze dostać premię. Nawet mnich by z nią nie wytrzymał. Święty przy niej, przestałby być świętym. Na kilometr świeciła swoim samouwielbieniem, Kanye West może się przy niej schować, razem z Kim Kardashian.
   - To tu - wyrwała mnie z rozmyślań 'tysiąc sposobów, aby podłożyć bombę Skylynn Hall' i odpięła pas.
   Jak może wyglądać impreza u bogatych snobów? Pewnie po lampce wina wychodzą na pole grać w krykieta.
   - Dobrze wyglądam? - zapytała, przekręcając się w moim kierunku. Najwyraźniej ta impreza była dla niej ważna.
   - Pięknie. - Uśmiechnąłem się. - Wyglądasz jak ruska hrabina.
   Przewróciła na mnie oczami i złapała za klamkę, chyba zapominając, że to ja miałem jej otwierać wszystkie drzwi, niebawem pewnie też do Królestwa Niebieskiego. Wyczuwacie ironię?
   - Na co czekasz, chodź. - Uniosła brwi, patrząc na mnie jak na kretyna.
   - Gdzie? - Skrzywiłem się, wcale nie chcąc znać odpowiedzi.
   - Nie zostaję u Bree jeśli ojca nie ma w domu - powiedziała, jakby to była oczywiste. - Zostaniesz ze mną, tylko masz ze mną nie rozmawiać, stać w promieniu co najmniej czterech metrów i najlepiej w ogóle nie patrzeć w moim kierunku.
   - A będą narkotyki?
   - Nie - pisnęła z oburzeniem.
   - To nie idę.
   - Tak czy inaczej nic być nie brał, masz mnie żywą odstawić do domu - przypomniała i wysiadła z samochodu, kończąc naszą jakże rozwiniętą dyskusję.
   Z głębokim westchnieniem wysiadłem z samochodu i powlokłem się za nią. Pchnęła drzwi domu podobnej wielkości do jej i natychmiast uszy zatkała mi głośna, bębniąca muzyka. Przynajmniej leciała taka jaką ja lubię. Skylynn już pewnie kisła przez ten chłam, jak to dosadnie nazwała. Do 'Fashion Killa' płynnie poruszała się z setka ludzi.
To nie przypominało snobistycznej posiadówki przy Scrablach. Wóda przelewała się litrami, w powietrzu było czuć charakterystyczny zapach marihuany, a dziewczyny doprowadzały do erekcji nawet najbardziej odrzucających kolesi, kręcąc im tyłkami przy kroczu. A mówią, że brzydcy są tylko ci, którzy nie mają pieniędzy.
   Ale to wszystko i tak nie dorastało do pięt nielegalnym imprezom w opuszczonych magazynach na Bronxie.
   Praktycznie od razu straciłem Hall z oczu, na co tylko wzruszyłem ramionami i usiadłem przy barze biorąc w dłoń plastikowy kubek z wódką z sokiem. Spodziewałem się, że smak uderzy w moje kubki smakowe, ale te dzieciaki, które mogły sprowadzać sobie najlepszą wódkę z każdego zakątka świata nie piły niczego specjalnego. Wódka, która smakuje jak... wódka. Bez szału. Wszyscy byli tu tak pijani, że gdyby nabrało się do butelek wody z kibla, pewnie nawet by nie poczuli i stawali się jeszcze bardziej pijani. Chociaż nigdy nie wiadomo, może wodę w kiblu chlorowaną mają... No bo brudna woda? Zarazki? W kiblu? Ohyda... Nie zdziwiłbym się gdyby butelkowali wodę z własnych źródeł.
   Westchnąłem głęboko i dopiłem resztkę z kubka, nie mogłem pozwolić sobie na nic więcej, bo przecież prowadzę. Jezu, do dupy mieć dzieciaka na głowie. Nigdy nie chcę zostać ojcem.
   Oparłem się łokciami o blat za sobą i patrzyłem na to co dzieje się na parkiecie, co w sumie było całkiem zabawne, bo co jakiś czas jedna z dziewczyn przewracała się na wysokich butach.
   Och, dziewczyny... Byście lepiej glany założyły.
   W pewnym momencie dostrzegłem Skylynn na kanapie na kolanach u jakiegoś chłopaka. Uśmiechała się do niego zalotnie, a jej wzrok mówił jedno, że jak najszybciej chciała się z nim znaleźć w jakimś zacisznym miejscu. Najlepiej w sypialni, pod kołdrą, bez ubrań, z jego kutasem w ustach.
Aż mi flaki wywróciło. Seks z nią musi wyglądać jak dziecięce porno. Gdy jęczy, przy tym jej piskliwym głosie, brzmi pewnie jak gumowa zabawka dla psa z piszczałką.
   Zaczęła muskać ustami linię jego szczęki.
   Uuu...
   Zostawiała po sobie czerwone ślady szminki, a jego ręce powędrowały poniżej jej bioder, i mi jako opiekunowi, wcale się to nie spodobało. Ale nie zamierzałem ingerować, niech ją zgwałci, a później to tylko selekcja naturalna. Świat na tym nie ucierpi.
   Jezu, jak bardzo podle to brzmi?
   Odwróciłem się, żeby na nich nie patrzeć, bo już zaczynało mnie mdlić i zacząłem jeść chipsy, przeglądając zdjęcia w telefonie. Nie chciałem marudzić, ale zanudzałem się na śmierć, wolałem wrócić do samochodu i tam na nią poczekać.
   Już zaczynałem się podnosić i iść w kierunku Skylynn, gdy drogę zastąpiła mi nawalona w trzy dupy brunetka.
   - Jesteś Justin, prawda? - wybełkotała, a ja przetarłem usta dłonią, jakbym chciał zmazać z nich perfidny uśmieszek. Jak ja kocham pijane dziewczyny.
   - Mhm. - Skinąłem głową w odpowiedzi i znów powędrowałem wzrokiem w kierunku Skylynn, naprawdę chciałem jak najszybciej się stąd zmyć, ale teraz, to już co innego.
   - Jestem Marnie. - Wyciągnęła w moją stronę drobną dłoń, którą po chwili delikatnie uścisnąłem, ale z każdą sekundą wzmacniałem uścisk, gdy dziewczyna zaczęła się odchylać do tyłu, jakby za moment miała paść trupem. Puściłem jej rękę dopiero, gdy znów odzyskała równowagę. Położyła dłoń na mojej klatce piersiowej i westchnęła głęboko, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie nie mogła sklecić nic porządnego.
- Wiesz.. - zaczęła, ale zaraz urwała, zastanawiając się nad resztą zdania. - Jesteś strasznie umięśniony, ćwiczysz?
   To nad tym się tyle zastanawiała? Tak swoją drogą, to niezły tekst na podryw. Uwaga sarkazm.
   - Trochę - odparłem, znów ją przytrzymując, żeby się nie przewróciła.
   - Pokażesz mi? - Zaczęła podnosić moją koszulkę, chciałem zacząć się śmiać, ale proszę, bądźmy poważni. W sumie, to całkiem mi to schlebiało. Złapałem za brzeg białej koszulki i pokazałem jej swój tors. Pewnie już jej cieknie po nogach. Przygryzła niespokojnie wargę i przyłożyła dłoń do mojego brzucha, a z jej ust uciekło ciche 'wow'. Uśmiechnąłem się głupkowato pod nosem i czekałem aż się nacieszy.
   Nagle poczułem takie parcie w spodniach, jak nigdy. Od dłuższego czasu nie uprawiałem seksu, więc nie dziwcie mi się. Marnie pewnie była w wieku Skylynn, a ja miałem naprawdę pilną potrzebę. Z resztą na horyzoncie i tak nie było nikogo starszego, a ona była pijana, ładna i szczerze wątpię, że dziewicą.
Opuściłem koszulkę i z lekkim uśmiechem, założyłem jej ciemny kosmyk za ucho. Spojrzała na mnie dużymi, czekoladowymi oczami, a jej policzki pokryły się rumieńcem. Teraz to już tylko kwestia góra dwóch komplementów. Powiedziałem tylko, że jest wyjątkowa i już pozwoliła złapać się za zgrabny tyłek i pocałować. Leniwie muskałem jej wargi, żeby broń Boże jej nie wystraszyć i po niecałych dwóch minutach wymieniania śliny, złapałem ją za dłoń prowadząc do łazienki.
><

   Wyszedłem z łazienki w pełni zaspokojony i poprawiając spodnie rozejrzałem się za Hall. Długo nie musiałem szukać. Perfidnie się na mnie gapiła, mrużąc oczy, a gdy zobaczyła jak Marnie wychodzi za mną, poprawiając długie włosy, dosłownie rozdziawiła buzię. Wstała z kolan chłopaka, wytrącając mu kubek z alkoholem z dłoni. Jej oczy dosłownie żarzyły się w wściekłości. Uśmiechnęła się do niego fałszywie, a mi w sumie ulżyło, że nie tylko ja jestem ofiarą jej humorków.
  Przeszła powolnym, ale pewnym krokiem po rozlanym alkoholu na wysokich butach, miażdżąc jeszcze kubek platformą i stanęła przede mną, ciężko oddychając.
   - Nie przyprowadziłam cię tu po to żebyś posuwał moje przyjaciółki. Miałeś siedzieć i się nie ruszać. Czy tak wiele od ciebie wymagam? - wycedziła przez zęby, a za jej plecami jakiś chłopak przewrócił się na rozlanym alkoholu, uderzając głową w marmurową podłogę. Wszystkie wzroki powędrowały w tamtym kierunku, a Skylynn nawet nie mrugnęła, zabijając mnie spojrzeniem. 
   - W umówie nie było wzmianki tym, że nie mogę uprawiać seksu, skarbie. - Obdarzyłam ją bezczelnym uśmieszkiem, co zbyt jej się nie spodobało. Zacisnęła mocno zęby, a jej klatka piersiowa niespokojnie unosiła się i opadała. 
   - Wychodzimy. - Zlapala mnie za nadgarstek i pociągnęła do wyjścia. - Szmata - rzuciła na odchodne do swojej p r z y j a c i ó ł k i. 
Jak piesek poszedłem za nią, ślizgając się na rozlanym piwie w swoich nikach. Skrzywiłem się wychodząc z kałuży, a kolejny chłopak, który na jego nieszczęście nic nie zauważył, przewrócił się tuż przy moich nogach. 
   Wyszliśmy z domu, a Skylynn automatycznie puściła moją dłoń podchodząc do samochodu. Otworzyłem jej drzwi i zaraz sam znalazłem się na swoim miejscu.
   Żadne z nas nie miało ochoty się odezwać, nawet żeby przerwać niezręczną ciszę. Właściwie to w towarzystwie Skylynn zawsze jest niezręcznie. 
   Po jakimś czasie zatrzymałem się przed swoim mieszkaniem, dostrzegając zaskoczone spojrzenie Sky.
   - Myślałam, że mieszkasz w jakimś apartamentowcu - powiedziała, wysiadając za mną z auta i spojrzała na obdarty blok.
   - Niedługo będę. - Wyjąłem z kieszeni klucze i wpuściłem ją do kawalerki, odgarniając nogą rozwalone rzeczy na podłodze, jeszcze po nocy z Lemonami i zacząłem tupać.
   - Co ty robisz? - Skylynn, stanęła metr ode mnie, przyglądając się temu co robię.
   - Płoszę szczury. - Spojrzałem na nią przez ramię, sprawdzając jej reakcję. Natychmiast zesztywniała, rozglądając się dookoła siebie, a ja prychnąłem śmiechem. Skarciła mnie wzrokiem i naburmuszona założyła ramiona na piersi, czekając aż się zbiorę.
Wrzuciłem do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy i zarzucając go sobie na ramię, położyłem dłoń na plecach dziewczyny prowadząc ją do wyjścia. Zamknąłem za sobą drzwi i po jakimś czasie byliśmy już u niej.
Znalazłem pokój, w którym miałem spać i po zostawieniu w nim swoich rzeczy zszedłem na dół do kuchni.
   - Chcesz tosta? - zapytała wkładając kromki do tostera i skinąłem głową, opierając się o blat. - Z czym?
   - Masz masło orzechowe?
   - Nie, fistaszki są dobre dla małp - mruknęła niewyraźnie, wyjmując z lodówki sałatę i całą masę innych zdrowych rzeczy. Pewnie nawet nie obchodziła jej moja opinia i zrobiłaby z tym co ona lubi. Nie zdziwiłbym się, ale żeby Amerykanin nie miał u siebie w kuchni masła orzechowego? Jak dla mnie to zdrada narodu.
Patrzyłem na to co robi i cierpliwie czekałem na tosty, a gdy skończyła podała mi jeden talerz i podeszła do zlewu żeby przemyć dłonie. Wgryzłem się w chrupiące pieczywo z serem, sałatą i innym zielskiem i nie mając gdzie podziać wzroku po prostu obserwowałem dziewczynę.
   - Patrz. - Podstawiła mi pod nos dłoń, na której miała różowy płyn z brokatem.
   - Co to? - Skrzywiłem się, bo raczej nie wyglądało to jak zwykłe mydło.
   - Sperma jednorożca. - Przewróciła na mnie oczami i umyła dłonie, a ja na jej słowa zakrztusiłem się kanapką, przykładając dłoń do ust aby się nie popluć.
   - Tak właśnie myślałem - odchrząknąłem i odstawiłem talerz tracąc apetyt. Bez zbędnego pytania nalałem sobie wodę do szklanki, wypijając ją duszkiem i skierowałem się do wyjścia.
   - Idę wziąć prysznic - zakomunikowałem i po chwili zniknąłem w łazience połączonej z moim pokojem. Szczerze mówiąc jeszcze nigdy nie miałem okazji pławić się w takich luksusach. Sama łazienka była wielkości mojego mieszkania, a wyposażenie możecie sobie tylko wyobrazić. Co prawda pochodziłem z zamożnej rodziny, w dzieciństwie raczej niczego mi nie brakowało, no może poza miłością rodziców. Mam ochotę się śmiać, gdy o nich myślę. Są tacy żałośni. Odkąd wybrałem takie życie jakie wybrałem wyparli się mnie po całości, nie to, że wcześniej się do mnie przyznawali, ale zmiana nazwiska to już lekka przesada, prawda? Wychowywały mnie niańki, nie miałem okazji nawet przyzwyczaić się do jednej, gdy zaraz zamieniali ją na kolejną. Bolało mnie, gdy tylko mojego ojca nie było na widowni na ważnym meczu. Nigdy nie przybił mi piątki, ani nie potargał włosów mówiąc, że dobrze się spisałem. Stary gbur. Matka też nie była u mnie pierwsza na liście ludzi, których uwielbiam. Jej właściwie nigdy nie było. Zawsze gdzieś wyjeżdżała, liczyły się dla niej jedynie delegacje, kursy i te inne biznesowe gówna. Dopiero, gdy podrosłem dostrzegłem, że w tym wszystkim jest coś nie tak i zacząłem się zwyczajnie buntować, jak to zwykle nastolatki mają w zwyczaju, ale u mnie poszło to w nieco innym kierunku. Tryb życia z Bronxu werżnął mi się głęboko w mózg i tak już po prostu zostało. Sprawiało mi to przyjemność, nie mogłem narzekać. Naprawdę podobało mi się to życie. Okradanie niewielkich sklepików z batoników, malowanie graffiti na ścianach budynków, bójki, nielegalne imprezy, narkotyki, alkohol, dziewczyny i drogie samochody . W pewnym momencie nawet zacząłem się ubierać jak rasowy murzyn z Bronxu. Byłem jedynym białym w całym towarzystwie, ale wyrobiłem sobie szacunek do swojej osoby.
   Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze i lekko westchnąłem, przecierając włosy miękkim ręcznikiem. Nasunąłem na siebie jedynie dresowe spodnie i zszedłem na dół, gdzie zastałem w salonie Skylynn, oglądającą bajki Disneya.
Patrzyłem na nią z dystansu, właściwie pierwszy raz widząc ją w takiej odsłonie. Była już po prysznicu, siedziała w różowej piżamie i puchatych skarpetkach, które na stopach miały doszyte głowy kotów. Miała krótsze włosy, najwyraźniej na co dzień nosiła dopinki, ale w takich, naturalnych było jej znacznie lepiej. Bez wyzywającego makijażu była naprawdę śliczną młodą dziewczyną. Niczego jej nie brakowało. Co jakiś czas uśmiechała się lekko do ekranu, odsłaniając perłowe zęby, a na policzkach pokazywały się dołeczki.
Naprawdę mnie zastanawiało dlaczego tak okropnie traktowała ludzi, w wywiadach wydawała się być naprawdę szczera, gdy popierała feministki, opowiadała o fundacjach dla chorych dzieci i o tym jak pragnie im pomagać. Gdzie codziennie chowa się ta Skylynn?
   Podszedłem do niej i usiadłem po drugiej stronie kanapy.
   - Co oglądasz, dzieciaku? - zapytałem z westchnieniem i oparłem nogi o stolik, osuwając się niżej. Nie odpowiedziała i zmieniła kanał, zażenowana, że pozwoliła sobie na chwilę z bajkami. Zostawiła na jakimś trailerze i odłożyła pilot obok siebie.
   - Myślałam, że idziesz już spać - wymamrotała po dłuższej chwili i odgarnęła część włosów na jedno ramię. Serio była ładna.
   - Nie chce mi się jeszcze, za to ty powinnaś już dawno grzać poduszkę. - Spojrzałem na nią, ale ta tylko bąknęła coś niewyraźnie pod nosem. Najprawdopodobniej było to jakieś niewybredne wyzwisko skierowane ku mojej osobie. Westchnąłem tylko i wziąłem pilot włączając na mecz koszykówki. Nie protestowała, co bardzo mnie zadowoliło. Zwykle dziewczyny w takich momentach zaraz marudzą i jęczą jak bardzo chciały obejrzeć po raz setny Zmierzch.
   Dopiero, gdy mecz dobiegał końca zacząłem naprawdę ziewać i czuć silną potrzebę snu.
   - Idę spać - powiedziałem, podnosząc się, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Spojrzałem na Skylynn, która właśnie śliniła się przez sen, opierając policzek na podłokietniku.
    O Boże... jęknąłem w myślach i po kilku minutach rozważania za i przeciw postanowiłem ją tu po prostu zostawić. Jeszcze by i mnie zaśliniła.
   Żartuję, za kogo wy mnie macie?
   Ostrożnie wsunąłem ręce pod jej nogi i plecy i delikatnie uniosłem ją ku górze. Była okropnie drobna i leciutka. Instynktownie wtuliła się w moją nagą klatkę piersiową i westchnęła cicho przez sen. Zacisnąłem usta i bezszelestnie zaniosłem ją do jej pokoju, który udało mi się znaleźć dopiero po dobrych pięciu minutach. Położyłem ją gładko na pościeli i przykryłem białą narzutą, ukradkiem rozglądając się po jej pokoju księżniczki. Przewróciłem oczami na jej własne zdjęcia na ścianie z jakiejś sesji i wyszedłem zamykając za sobą drzwi i zanim w całej tej plontaninie korytarzy znalazłem swoją sypialnię, prawie spałem. Później już tylko rzuciłem się na łóżko i w natychmiastowym tempie odpłynąłem.

Tak jak wspominałam na początku, rozdział kończyłam i poprawialam na telefonie, więc obawiam się, że autokorekta mogła pozmieniać mi słowa. 
Ale mam nadzieję, że jako tako znośnie się czytało :)
Dziękuję też, że podjęliście się zadania i komentowaliście xx Mam nadzieję, że i pod tym rozdziałem sobie nie odpuścicie, bo kolejny dodam po 15 komentarzach


much love xx
@imissbizzle

23.07.2015

03. Old pervert.

Kolejny rozdział od 10 komentarzy xx
Skylynn's POV*
   Z trudem dopięłam zamek torebki i zbiegłam na dół po schodach, trzymając w dłoni balerinki. 
   - Dzień dobry tato. - Uśmiechnęłam się do niego promiennie i musnęłam ustami jego policzek, gdy siedział przy stole pijąc kawę. Odpowiedział tym samym komplementując mój wygląd, a Sarah, nasza gosposia, podała mi papierową torebkę z drugim śniadaniem. Podziękowałam jak przystało, a z zewnątrz dobiegł dźwięk klaksonu.
   - Justin? - Ojciec wstał od stołu, odstawiając brudne naczynie i sprawdził godzinę na zegarku.
   - Tak. - Pokiwałam głową, idąc do wyjścia. - To miłe z jego strony, że zaproponował mi podwożenie - powiedziałam radosnym tonem, pomijając, że w gruncie rzeczy wymusiłam to na nim. 
   Nasunęłam na stopy beżowe baleriny i stojąc przed lustrem w holu, dopięłam ostatni guzik sweterka, gdy zauważyłam, że podchodzi do mnie tata.
   - Ucz się pilnie. - Pogładził moje ramię i otworzył mi drzwi.
   - Zawsze to robię. - Jak zwykle dodałam uśmiech i poprawiłam torebkę na ramieniu, przechodząc przez próg. - Kocham cię. - Pomachałam mu i z gracją zbiegłam po marmurowych stopniach, pilnując przy tym, aby spódnica do kolan zbyt wysoko się nie uniosła. 
   Justin widząc, że podchodzę wysiadł z auta i otworzył mi drzwi od strony pasażera, unosząc przy tym dłoń na powitanie z moim ojcem. 
   Zajęłam swoje miejsce, a po chwili obok mnie usiadł i Justin, odpalając samochód. 
   - Dzień dobry - mruknął tonem, jakbym to ja miała pierwsza się odezwać i poprawił dłoń na kierownicy, wyjeżdżając na drogę.
   - Hej - odparłam, przewracając oczami i zaczęłam się przeciskać na tylne siedzenia.
   - Co ty robisz? - Zmarszczył brwi, obserwując moje poczynania. 
   - Chyba nie sądzisz, że pójdę tak do szkoły? - prychnęłam, trącając dłonią brzeg długiej spódnicy i usadowiłam się wygodnie, wyjmując z torby przygotowane rzeczy.
   Szczerze, było mi głupio, że tak perfidnie oszukiwałam własnego ojca, ale on też zrobił mi świństwo zrzucając mi na głowę tego palanta, który bezczelnie zerkał na mnie we wstecznym lusterku. 
   - Nie gap się - warknęłam, rozpinając sweterek. Uniósł lekko dłoń w obronnym geście i wbił wzrok w drogę przed nim. Pochlebiało mi, że chciał na mnie patrzeć, ale jeszcze tak nisko nie upadłam, żeby pozwalać na to takim jak on. Stary zboczeniec. Samo siedzenie z nim w samochodzie zrzuca mnie do niższej ligi. 
   Wepchnęłam sweterek do torby, a na jego miejsce założyłam szary crop top, długą spódnicę zastąpiłam plisowaną mini w czarno-białą szkocką kratę. Na nogi wciągnęłam białe zakolanówki, baleriny też wylądowały w torbie i na stopy nasunęłam kremowe szpilki. Westchnęłam z samozadowoleniem, gdy poprawiłam makijaż i dopinając torbę wróciłam na wcześniejsze miejsce. 
   - W tamtych rzeczach wyglądałaś znacznie lepiej. - Zmierzył mnie wzrokiem, na moment odrywając wzrok od drogi. - I po co się tak malujesz?
   - Nie prosiłam cię o komentarz - skarciłam go, zaciskając usta i mocno potarłam o siebie wargi, żeby lepiej rozprowadzić na nich szminkę. - Pilnuj własnych interesów - dodałam, przeczesując włosy palcami i założyłam nogę na nogę, trzymając torbę na kolanach.
   - Ty jesteś moim interesem - mruknął od niechcenia i po kilku minutach znaleźliśmy się pod szkołą. Zgasił silnik i spojrzał na mnie wyczekująco, licząc, że wysiądę.
   - Słuchaj, jutro wieczorem jest impreza u Gideona... - urwałam, widząc jak zaciska usta i rozciąga je w głupkowatym uśmiechu, a jego twarz zaczęła czerwienieć od powstrzymywanego śmiechu. - Czego? - warknęłam zirytowana, a Justin spuścił głowę i zakrył dłonią oczy zaczynając prychać przez zęby, co brzmiało jak niedorobiony śmiech Kaczora Donalda. Nabrał powietrza jakby to był ostatni wdech w jego życiu i uniósł na mnie załzawiony wzrok.
   - Możesz kontynuować - odchrząknął, wciąż się cicho śmiejąc i zwilżył wargi, a ja miałam ochotę wbić mu obcas w czoło.
   - Co cię tak bawi? - wycedziłam przez zęby, patrząc na niego z mordem w oczach.
   - Po prostu to imię, no wiesz, jest takie... oryginalne - wydusił znów zaczynając się śmiać, za wszelką cenę starając się tego nie robić. Zignorowałam go i kontynuowałam.
   - Mój tata myśli, że będę robić projekt z Bree i takiej wersji się masz trzymać. Zawieziesz mnie na tą imprezę, a później odbierzesz - powiedziałam pewnym tonem, kompletnie ignorując uniesione brwi chłopaka, w sumie gdyby tak na niego dłużej popatrzeć to jest całkiem przystojny.
   - Nie zrobię tego. - Pokręcił przecząco głową. - Nawet nie ma kurwa mowy. Nie.
   - Justin... - zaczęłam, ale szybko mi przerwał.
   - Nie - powtórzył ostro. - Nie będę brał udziału w tej całej twojej propagandzie. - Przeczesał nerwowo włosy palcami, wciąż kręcąc głową. - Poza tym mam już plany.
   - Złamiesz umowę, mogę też przyjść do ojca z płaczem i opowiedzieć mu, że się do mnie dobierałeś. Jak myślisz, komu uwierzy? Swojej ukochanej córeczce, czy dzieciakowi z więzienia?
    Wyraz jego twarzy już nie był taki pewny i westchnął głęboko zrezygnowany, natomiast ja uśmiechnęłam się z perfidnym samozadowoleniem. Przez chwile błądził wzrokiem po otoczeniu, pewnie szukając argumentów, albo jakiejś ciętej riposty, ale najwyraźniej nic nie przychodziło mu do głowy.
   - To jak? - Założyłam torebkę na ramię szykując się do wyjścia, wiedząc, że już wygrałam tą sprawę.
   - Niech będzie - mruknął od niechcenia. - O której mam po ciebie być?
   - O ósmej.
   Pokiwał głową i zapanowała cisza. Oboje siedzieliśmy na miejscach i patrzyliśmy przed siebie.
   - Coś jeszcze? - odezwał się w końcu, patrząc na mnie.
   - Otwórz mi drzwi - prychnęłam, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Już rozchylił usta żeby powiedzieć coś uszczypliwego, ale szybko je zamknął i wysiadł z auta, obchodząc samochód i otworzył mi drzwi.
   - Dziękujemy za skorzystanie z usług Bieber Drive. Oferta wygasa w przeciągu dwudziestu czterech godzin. - Uśmiechnął się fałszywie, a ja jedynie przewróciłam na niego oczami.
   - Wygasła to twoja potencja w pierdlu jak sobie waliłeś z kumplem z celi. - Odpowiedziałam równie ironicznym uśmiechem i odrzucając włosy tak, że uderzyły go w twarz poszłam w kierunku budynku. Usłyszałam za sobą jeszcze tylko głośny trzask drzwi jego auta i zaczęłam się witać z przyjaciółmi, którzy czekali na mnie przed wejściem.
   Wzrok Bree i Marnie natychmiast powędrował w kierunku Justina.
   - Jest gorący - skomentowała go Marnie, a mi aż wywróciło flaki.
   - Błagam cię - prychnęłam i udałam odruch wymiotny. Już chciała coś powiedzieć, pewnie w jego obronie, ale natychmiast jej przerwałam. - Skończ i lepiej idź kupić mi colę dietetyczną. - Wcisnęłam jej w dłoń kilka dolców i czekałam aż odejdzie. Jai westchnął tylko i objął mnie ramieniem.
   - Nie musisz być taka wredna - mruknął mi do ucha.
   - Nie musisz być taka wredna - przedrzeźniłam go i zrzuciłam z siebie jego rękę, doprowadzając do niezręcznej ciszy. Wcale nie musiałam słuchać ich gadaniny na jego temat.
   Praktycznie cały dzień w szkole między mną, a moimi przyjaciółmi panowała napięta atmosfera. Jak się można domyśleć, przez Biebera. Marnie i Bree ciągle o nim rozmawiały i szukały go po szkole, żeby móc się na niego napatrzeć, a ja byłam skazana na męskie towarzystwo, które wcale do końca mi nie odpowiadało. Chciałam im opowiadać o nowych rzeczach, które ostatnio sobie kupiłam, a nie słuchać ich pisków w kierunku tego robala. Jezu, błagam was. Jak można tak strasznie uganiać się za facetem i to jeszcze takim... Fu.
   Po skończonych zajęciach wyszłam ze szkoły, przed którą już czekał na mnie Justin w samochodzie. Westchnęłam głęboko i stanęłam przed swoimi drzwiami czekając aż mi je otworzy. Wychylił się i szarpiąc za klamkę pchnął drzwi, co wywołało u mnie falę złości.
   - Jakbyś ruszył dupę, to nic by ci się nie stało - warknęłam, zajmując swoje miejsce. Zignorował mnie ruszając, a mnie się nie ignoruje. - Słyszysz co powiedziałam? Masz wychodzić z samochodu i otwierać te pieprzone drzwi jak należy.
   Dostrzegłam jak mocniej zaciska dłonie na kierownicy aż pobielały mu knykcie, a szczęka mocniej się uwydatniła.
   - Mam cię tylko pilnować, nie jestem twoim niewolnikiem, Skylynn - powiedział, starając się mieć opanowany ton głosu.
   - Masz słuchać tego co do ciebie mówię i mi odpowiadać. Nie znoszę, gdy ktoś mnie olewa.
   - Dobrze, Skylynn - wycedził przez zęby. - Jeśli przez ten rok cię nie zabiję to to będzie chyba jakiś cud.
   Resztę drogi milczeliśmy, wjechał na podjazd i posłusznie wysiadł otwierając mi drzwi.
   - Dziękuję. - Rzuciłam mu przesłodzony uśmiech i zatrzepotałam rzęsami. - Nie zapomnij tylko przyjechać po mnie jutro o ósmej. - Wymierzyłam w niego palcem i poprawiając torbę na ramieniu weszłam do domu.
   Od razu pobiegłam do swojego pokoju aby zmyć makijaż i się przebrać. Położyłam się na brzuchu na łóżku i zaczęłam uczyć się na poniedziałkowy test z francuskiego, a po niecałych dwóch godzinach dostałam powiadomienie na telefonie o nowym mailu na prywatnej skrzynce mojego ojca. Odkąd zawarł tą cholerną umowę z Bieberem musiałam kontrolować to co o mnie pisze. Moje podejrzenia się sprawdziły, że to od Justina.
'Przez dwa dni, nie zauważyłem niczego negatywnego w zachowaniu Pańskiej córki. Jej znajomi nie pozostawiają sobie niczego do życzenia. Uważam, że środowisko w jakim się obraca nie wpływa na jej osobę. 
W sobotę mam ją zawieźć do koleżanki na wspólną naukę i kolejnego dnia odebrać. Mam nadzieję, że Skylynn Pana poinformowała i nie ma Pan nic przeciwko.
Z wyrazami szacunku
Justin Bieber'
   Uśmiechnęłam się do siebie z zadowoleniem, uznając, że ustawienie go do pionu było dziecinnie proste. Oznaczyłam wiadomość jako nieodczytaną i wróciłam do nauki.
><

   - Skylynn! - Dobiegł mnie głos ojca i grzecznie do niego poszłam, znajdując go w jego biurze.
   - Tak tato? - Uśmiechnęłam się uroczo, stając w progu. 
   Siedział za biurkiem i pracował na laptopie. Miał wyjątkowo zmęczony wyraz twarzy. Podkrążone oczy i opadające policzki wzbudziły we mnie współczucie. Uniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się delikatnie. 
   - Nie przeszkodziłem ci w niczym? - zapytał i wskazał fotel naprzeciw niego. - Chcę wiedzieć jak minął ci dzisiejszy dzień. 
   - Nie będziesz na kolacji? - Spojrzałam na niego zawiedziona. Zwykle to przy kolacji opowiadaliśmy sobie co działo się w ciągu dnia. Spuściłam na moment wzrok i odgarnęłam zagubiony kosmyk za ucho.
   - Wybacz mi, kochanie. Muszę wyjechać na weekend do Waszyngtonu. Justin napisał mi, że będziesz u Bree w sobotę, więc może pozwoliłaby ci zostać do niedzieli żebyś nie musiała być sama w domu? - Zamknął laptopa widząc, że jestem przybita, że znów wyjeżdża.
   - Jasne. - Wymusiłam lekki uśmiech. - Zapytam. A co do mojego dnia, to wszystko w porządku - powiedziałam krótko, nie siląc się na nic więcej. - A tobie? 
   - Też w porządku - odparł, mimo że było widać gołym okiem, że kłamał. Chyba tą zdolność odziedziczyłam po mamie. 
   - Przecież możesz mi powiedzieć. - Uśmiechnęłam się do niego zachęcająco.
   - To naprawdę nic takiego - zapewnił i otworzył znów laptop sygnalizując tym samym, że to koniec rozmowy. Pokiwałam tylko głową i wyszłam z biura, domyślając się, że albo znów myśli o mamie, albo są jakieś konflikty między państwami, a jak zwykle to on i Alex muszą je rozwiązywać. 
   Gdy schodziłam na dół po schodach akurat na niego wpadłam. 
   - Cześć Skylynn - przywitał się ciepło i poprawił marynarkę. 
   - Jest w biurze. - Nakierowałam go i wyminęłam blado się uśmiechając. Skinął jedynie głową i podziękował, wbiegając po schodach. 
   Usiadłam w kuchni przy stole barowym i patrzyłam na to co robi Sarah. 
   Po części zastępowała mi matkę. Zawsze przy mnie była. Pomagała mi praktycznie we wszystkim, od wybrania koloru butów, do pracy domowej z fizyki. Miałam wrażenie, że tylko przy niej jestem sobą. Jej obecność uspokajała, łatwo było jej się zwierzać, rozmowa z nią szła gładko. Pracowała u nas odkąd tylko pamiętam. Nie była najmłodsza, ale po jej wyglądzie nie było widać jej wieku. Wciąż promiennie się uśmiechała, chodziła wyprostowana i dziarsko. 
   Spojrzała na mnie przez ramię, gdy wycierała blat i uśmiechnęła się.
   - Coś się stało, promyczku? - zapytała, odkładając szmatkę i poprawiła sznurek od fartuszka. - Chodzi o tego chłopca?
   - Jakiego? - Spojrzałam na nią, a moje oczy od razu się powiększyły.
   - Tego, który dzisiaj po ciebie przyjechał. - Oparła się o blat, patrząc na mnie z sympatią w oczach.
   - Nie - zaśmiałam się, kręcąc przecząco głową. - Jest pracownikiem taty, on tylko mnie pilnuje - wyjaśniłam, okręcając sobie kosmyk włosów w okół palca. - Po prostu martwię się o tatę. Wygląda na strasznie zmęczonego. 
   - Ciężko pracuje - westchnęła głęboko, było widać, że też się martwi. - Stara się jak może, żeby wszystkim w kraju było dobrze, kosztem swojego zdrowia, ale jest przywódcą, a to wymaga poświęceń. - Zbliżyła się do mnie i przytuliła do siebie w opiekuńczym geście. - Nie martw się, promyczku. Jesteś taka młodziutka, nie powinnaś się denerwować. - Zaczęła gładzić moje włosy, delikatnie kołysząc, a mi powoli zbierało się na płacz. Nie chciałam się nad sobą użalać, nie lubiłam płakać, a zwłaszcza w czyimś towarzystwie. Bardzo rzadko mi się to zdarzało i jedynym świadkiem mojego płaczu, zawsze była tylko Sarah. No może jeszcze rodzice i położna przy moim porodzie.

Tak, wiem, rozdział jest okropnie krótki i nie należy do najlepszych,
za co Was bardzo przepraszam, ale nie mogłam do końca 
zebrać myśli i napisać coś porządnego. Mam masę spraw na głowie w związku z wyjazdem.
I wciąż nie wiem czy dodam rozdział w sierpniu.
Jeśli opowiadanie się wam podoba to supi by było gdybyście je polecili. 
Komentarze też są dla mnie bardzo istotne, strasznie motywują do pisania.
Jeszcze raz przepraszam i do kolejnego <3
Ps  Stworzyłam nową zakładkę 'Inspiracje', więc zajrzyjcie do niej jeśli tylko macie ochotę
much love
@imissbizzle
Polecam: http://18th-street-jbff.blogspot.com/ 
Ja osobiście jestem zakochana w tym opowiadaniu i polecam każdemu na nie zajrzeć x Dawno nie czytałam tak dobrego ff. 

17.07.2015

02. No respect.

Bardzo ważna notka pod rozdziałem, bardzo proszę o przeczytanie.
Justin's POV*
   Zaparkowałem matowym, czarnym Fordem Mustangiem 302 na szkolnym parkingu. Moje oczko w głowie. Przysięgam, że jeżeli ktokolwiek by go tutaj dotknął, odgryzłbym łapy i przyczepił sobie do wycieraczek. 
   Wsunąłem dłoń do plecaka poszukując planu zajęć i moja dłoń natrafiła na paczkę miętowych Marlboro, więc olewając poszukiwania planu odpaliłem papierosa opierając się o maskę samochodu. Nie byłem uzależniony, paliłem tylko wtedy, gdy miałem ochotę. Nie miałem papierosa w ustach prawie od miesiąca, więc miałem prawo sobie pozwolić chociaż na jednego.
Nie spieszyłem się zbytnio, zaciągałem się mocno, delektując się szczypiącym dymem wypełniającym moje płuca.
   Za cholerę nie chciałem tu być , jednak perspektywa pięćdziesięciu baniek na moim koncie robiła swoje. 
  Amerykańskie licea to najgorsze co może być dla młodego człowieka, w ich oczach postrzegane jako najlepsze lata życia. Pobyt tu tylko wyżera resztki mózgu.  
   Wyrzuciłem papierosa przygniatając go butem i uniosłem wzrok na budynek, prostując się. Westchnąłem głęboko i wszedłem do szkoły wielkości galerii handlowej, wpadając w niepohamowany wir braku szacunku do wszystkich i wszystkiego... łącznie ze sobą.
   Korytarze były wypełnione dziewczynami w skąpych ciuszkach, facetami, którzy rozbierali wzrokiem te małe dziwki i kilkoma nieporadnymi nauczycielami, którzy gówno mieli do powiedzenia w tej dzikiej społeczności. 
   Ludzie przychodzą tu tylko, aby odespać sobotnią imprezę, zajarać za szkołą i zaliczyć dupę w kiblu. Nieważne jak szpetna by była. Wystarczy, że chętna. Ale i tak zawsze najgorsi byli drugoklasiści. Przebrnęli przez pierwszy rok i z cichych myszek, poznających dopiero definicję 'liceum', tworzą się pieprzeni frajerzy i wredne suki z kolorowymi doczepkami, których barwa symbolizowała czy są jeszcze dziewicami czy nie, a i tak połowa kłamała. 
   Nabrałem powietrza zaczynając się przepychać w poszukiwaniu sekretariatu. Od razu napotkałem zainteresowane, wręcz wulgarne spojrzenia dziewczyn, oraz te wypełnione strachem przed moją osobą. Ale mi to w sumie pasowało. Okręcę tu sobie wszystkich wokół palca. Uśmiechnąłem się pod nosem, wsuwając dłonie do kieszeni dżinsów. Odnalazłem przeszklone pomieszczenie z czarnym napisem 'sekretariat' i pchnąłem drzwi wchodząc do środka. 
   - Dzień dobry - przywitałem się uprzejmie z pulchną kobietą za biurkiem. 
   Odpowiedziała tym samym i uśmiechnęła się z nutą fałszu, poprawiając ramiączko błękitnej bluzki. - Pan Bieber, prawda?
   - Tak. - Pokiwałem głową zdejmując z nosa okulary przeciwsłoneczne, ukradkiem rozglądając się po pomieszczeniu. 
   - Książki czekają już na pana od trzech tygodni.
   Trzech tygodni? Serio Hall? 
W sumie uważałem Bruca za całkiem ogarniętego faceta, do momentu, gdy dowiedziałem się, że nie potrafi ogarnąć nawet tego co dzieje się u jego córki. Chyba łatwiejsze by było wkradnięcie się do szkolnego systemu i przejrzenie nagrań z kamer, prawda? Może nawet i starczyłoby chodzenie na wywiadówki? Ale po co? Lepiej odwalić z nieumiejętnym szpiegiem. Seksownym co prawda, ale wciąż nieumiejętnym. 
   Kobieta wyłożyła na blat biurka stos grubych książek, czerwieniejąc na twarzy z wysiłku.
   - Dziękuję - mruknąłem, obejmując ramionami podręczniki i za wszelką cenę starałem się zignorować jej niemal przestraszony wzrok.
   - Podpisz się jeszcze, aby potwierdzić swoją obecność. - Wysunęła w moją stronę kartkę papieru i długopis. Podpisałem się niedbale pochyłym pismem, starając się, aby nic nie wypadło mi z rąk i wyprostowałem się. - Twoja szafka to trzysta sześć.
   - Okey, dzięki. - Zwilżyłem wargi i lekko podrzucając podręczniki, żeby poprawić je w uścisku, wyszedłem patrząc na numery szafek. Znajdowałem się przy dwieście osiemdziesiąt, więc moja musiała być gdzieś tu. Odnalazłem ją pospiesznie, bez większego problemu i wrzuciłem do niej niepotrzebne książki. 
Zatrzasnąłem drzwiczki i wyciągnąłem z plecaka plan lekcji. Za mniej niż trzy minuty miałem mieć geografię w sali dwieście jedenaście. Przełożyłem kartkę na plan szkoły i odnalazłem odpowiednią klasę, która znajdowała się na kolejnym piętrze. 
   Po drodze lustrowałem wzrokiem każdą miniętą dziewczynę szukając w niej choć najmniejszych podobieństw do szefa, bo szczerze mówiąc nie byłem do końca pewien jak wygląda Skylynn. Ale żadna w niczym nie przypominała mi wysokiego, lekko posiwiałego, białego Amerykanina o muskularnej budowie, wąskiej buzi i oczach ciemnych jak bezgwiezdna noc. To ci zagadka...
Z tego co słyszałem była uosobieniem dobra, łagodności, szczerości, delikatności, tęczy, kucyków, brokatu i kurwa jeszcze ciastek. Podobno zależało jej tylko na tym, żeby wszystkim było dobrze. Jedną zupą chciała nakarmić całą Afrykę, uratować wszystkie halibuty świata i bronić homosiów. Pewnie wygląda jak Muminek.
   Rozległ się dzwonek, a ja dopiero przepychałem się na schodach. 
   W końcu znalazłem się przed salą i szarpnąłem za klamkę białych drzwi. 
   W pomieszczeniu były już zajęte praktycznie wszystkie miejsca, a wysoki Muzułmanin, który musiał być nauczycielem, stał przy biurku. 
   - Dzień dobry - mruknąłem, stając na środku naprzeciw niego, a ten zlustrował mnie krytycznym wzrokiem. 
   - Ty jesteś Bieber? - zapytał unosząc brew.
   - Tak, panie profesorze - odparłem, chcąc zachować fason, a po klasie rozeszły się szepty.
   Nie martwcie się, prędzej wasz antypatyczny profesorek was sterroryzuje tak jak jego kumple Charlie Hebdo. 
   Znów powiódł po mnie wzrokiem, jakbym w ogóle nie był godny stać tu teraz przed nim. 
   Zacisnąłem zęby i przeniosłem wzrok na uczniów. Ładne dziewczyny, uśmiechające się do mnie zalotnie były jedynym plusem pobytu tutaj. 
   - Nazywam się Hayder Qasim - przedstawił się z łaski. - Usiądź na jakieś miejsce. - Leniwie zagarnął ramieniem powietrze.
   - Dzięki, Hayder - powiedziałem, powoli wymawiając jego imię i założyłem okulary przeciwsłoneczne z impetem odrywając palce od oprawek, powoli opuszczając ręce wzdłuż ciała.
   - Zdejmij te okulary, jesteś w szkole - warknął, wymierzając we mnie palcem.
   - A co jeśli jestem niewidomy?
   - Zakładam, że nie jesteś, więc je zdejmij - wycedził przez zęby na skraju cierpliwości, a ja tylko uśmiechnąłem się z wyższością wcale nie mając w zamiarze zdjęcia okularów. - Siadaj na miejsce - westchnął z rezygnacją.
   Przeszedłem przez salę, wybierając miejsce praktycznie na końcu sali. Znów musiałem się przyzwyczaić do niewygodnych, plastikowych krzesełek i drewnianego minimalistycznego blatu wrzynającego się w żebra. Osunąłem się na krześle przybierając wygodną pozycję i zahaczając palcami o brzeg grubego podręcznika, kompletnie nie słuchałem wychowawcy. Opowiadał jakieś pierdoły o Wschodniej Europie co chwila drażniąc wszystkim oczy laserowym wskaźnikiem, który miał chyba tylko po to, aby mieć. Mój wzrok powędrował na wyćwiczone pośladki dziewczyny przede mną i zwilżyłem powoli usta.
   Dopiero po morderczych czterdziestu minutach zabrzęczał dzwonek i wszyscy wypadli na korytarz nie słuchając już nauczyciela, wykrzykującego pracę domową na jutro.
   Wyjąłem z kieszeni telefon w zamiarze wygooglowania Skylynn, żeby ułatwić sobie robotę. Od razu wyskoczyły wyniki, a w pasku propozycji grafiki pojawiły się jej zdjęcia.
   No cóż... Nie wyglądała jak Muminek...
Miała oliwkową cerę, gęste, brąz, proste włosy, których część zwykle spinała w kucyk. Mały nosek idealnie pasował do jej drobnej i wąskiej buzi, a wachlarz gęstych rzęs podkreślał jej duże, ciemne oczy, które nie ujawniały nic poza niewinnością. Wikipedia podpowiadała, że ma szesnaście lat i zdecydowanie wyglądała jak gówniara. Wyglądała na osobę, której na słowo 'kurwa' skacze cholesterol, jest przykładem dla społeczeństwa i chodzi po bibliotekach żeby czytać dzieciom. Czyli na taką, jak ją wszyscy opisywali. Bruce albo był przewrażliwiony, albo dziewczyna wpadła w naprawdę paskudne towarzystwo. Nie mógł dać mi prostszego zadania, odgonienie od niej kilku kretynów to będzie bułka z masłem, a dostałem jeszcze za to grube pieniądze i zegarek.
   Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem i poprawiłem przywłaszczonego Rolexa na nadgarstku. Byłbym idiotą, gdybym nie wziął tej roboty. Zrobiłbym to nawet za stówę, ale jeśli tak ładnie podstawił mi pod nos te kilka baniek, to czemu nie?
   Rozejrzałem się licząc na to, że Skylynn będzie mi stała pod nosem. Jednak znalezienie jednej laski spośród pięciu tysięcy innych nie mogło należeć do najprostszych. Westchnąłem głęboko i zrobiłem kilka kroków w przód przesuwając wzrokiem po tłumie nastolatków. Szkoła miała trzy piętra, więc Sky mogła być wszędzie mimo, że podobno mój plan był dopasowany do jej. Zerknąłem na swój sprawdzając jaka teraz czeka mnie lekcja i przeszedłem na trzecie piętro licząc na to, że dziewczyna też tam będzie. Na moje szczęście, gdy tylko postawiłem nogę na wyższym piętrze od razu dostrzegłem długie nogi na obcasach i ciemną kitkę. To musiała być Hall.
   Podszedłem do niej i przeczesując włosy palcami, odchrząknąłem.
   - Hej, Skylynn, tak? - Zwilżyłem wargi, a dziewczyna obróciła się do mnie, zadzierając głowę, aby mieć na mnie dobry widok. Zdecydowanie nie wyglądała jak na zdjęciach, tam była grzeczniutka z anielskim uśmiechem, a przede mną stała wymalowana małolata w spódniczce ledwo zakrywającej majtki.
   - Tak. - Pokiwała lekko głową, poprawiając torebkę na złotym łańcuszku na ramieniu.
   - Jestem Justin, twój-
   - Ach no tak, to ty jesteś ten Bieber - przerwała mi z westchnieniem. - Ojciec już mi o tobie mówił. - Zrobiła kilka kroków, aby oddalić się od jej znajomych, którzy uważnie słuchali. - Masz mnie pilnować, czy coś takiego.
   - Tak, dokładnie. - Pokiwałem głową i chciałem zacząć mówić o tym żeby zbyt nie przejmowała się moją obecnością, gdy znów mi się wtrąciła.
   - Mój ojciec myśli, że jestem jego grzeczną, nienaganną dziewczynką i dobrze ci radzę żeby cały czas żył w takim przekonaniu. Jeśli powiesz mu coś, czego nie powinien wiedzieć to postaram się o to, żeby znów udowodnili ci wszystkie winy i wsadzili do pierdla.
   Zmarszczyłem brwi zbity z tropu i przez chwile się na nią gapiłem nie wiedząc co powiedzieć, do momentu, gdy pstryknęła mi przed oczami.
   - Słyszysz? - Przewróciła oczami. - Poza tym cokolwiek mu powiesz on i tak zawsze uwierzy w moją wersję. - Uśmiechnęła się fałszywie, odrzucając ciemne włosy na plecy.
   Pamiętacie, gdy mówiłem, że jest uosobienie dobra i tej całej reszty? Ta, z której strony? Szkoda, że nie możecie usłyszeć mojego prychnięcia. Chyba trochę się przeliczyłem w stosunku do niej. To mała, wredna gówniara.
   - Słuchaj - wycedziłem przez zęby nachylając się nad nią nieco i złapałem ją za ramie. - Twój tatuś zapłacił mi grube pieniądze żebym nad tobą skakał, więc z łaski swojej nie utrudniaj mi roboty i zachowuj się jak na wychowaną dziewczynę przystało.
   - Po pierwsze, zabieraj ze mnie łapy. - Wyszarpnęła mi się, poprawiając torebkę. - Dwa, twoja zasrana wypłata u mojego ojca to moje miesięczne kieszonkowe, więc takie argumenty możesz sobie wsadzić głęboko w czarną dziurę w twojej dupie, zwaną też odbytem. I trzy, możesz mu mówić tylko to na co ci pozwolę, rozumiesz?
   Uniosłem brwi, nie dowierzając w to co słyszę. Gdzie się podziała pieprzona obrończyni halibutów?
   - Ty chyba robisz sobie ze mnie jaja - zaśmiałem się nerwowo, patrząc na nią jak na kretynkę. - Mam cię mieć na oku i zadbam o to żeby przesłodzona dziewczynka z telewizji wróciła, a ta suka, która teraz w tobie siedzi spieprzała do Nevady.
   - Mam nadzieję, że trafi do Las Vegas. - Uniosła kąciki ust w uśmiechu aż ociekającym ironią, fałszem, złośliwością i wszystkimi innymi negatywnymi rzeczami, którymi określa się takie wywłoki.
   Przysięgam, że jeśli ktoś mnie teraz nie przytrzyma to rozszarpię ją gołymi rękami. Naprawdę miałem szczerą ochotę zacisnąć rękę na tej szyjce i powiedzieć kilka niemiłych rzeczy.
   Zachowaj fason, Justin.
   Wziąłem kilka głębokich wdechów na uspokojenie i wypuszczając powietrze ze świstem, zwilżyłem wargi.
   - Okej - odchrząknąłem. - Więc może jakiś układ?
   - To znaczy? - Uniosła idealnie wypielęgnowaną brew ku górze, nie spuszczając ze mnie wzroku.
   - Ja nie mówię słowa twojemu ojcu jak bardzo arogancka i chamska jesteś w stosunku, jak się domyślam, całego świata, a ty siedzisz cicho, że nie przychodzę do szkoły.
   Dziewczyna natychmiast prychnęła śmiechem.
   - Masz mnie za idiotkę? - Jej brwi powędrowały jeszcze wyżej. - I co, że niby sama będę sobie jeździła i wracała do szkoły? - Założyła ramiona na piersi, oburzona.
   - Słucham? - To była moja kolej na unoszenie brwi. - Jakie w ogóle dowożenie? O czym ty mówisz dziecko?
   Bez zbędnej odpowiedzi, wyjęła z czarnej torebki starannie zgięte w pół kilka kartek i rozłożyła je przede mną. Kopia umowy między mną i jej ojcem. Skąd ona ją do cholery ma?! Czy to w ogóle legalne? Nie twierdzę, że ta praca była legalna, no ale błagam was...
   - Proszę bardzo, przeczytaj dokładnie. Punkt piąty i drugi, a nawet i pierwszy. - Podała mi kserówki, unosząc z wyższością podbródek.

UMOWA O PRACĘ
zawarta w dniu 17 października 2015 r.
między Brucem Hallem
a Justinem Drewem Bieberem
Nowy Jork, Manhattan, 284 5th Avenue
na czas ośmiu miesięcy

§1
Strony ustalają następujące warunki zatrudnienia:
1) rodzaj umówionej pracy: ochroniarz, struż, szofer 
2) miejscem wykonywania pracy jest The Anderson High School, oraz inne ustalone przez Skylynn Mabel Hall
3) wynagrodzenie o wartości 50.000.000$, brak premii uznaniowej
4) Justin Drew Bieber ma obowiązek stawiać się co dwa dni u pracodawcy w celu zeznania z kilku ostatnich dni
5) Justin Drew Bieber ma obowiązek udzielać transportu Skylynn Mabel Hall, gdy będzie to z jej strony uznawane za konieczne
6) Justin Drew Bieber ma obowiązek zachowania tajemnicy pracodawniczej
7) Justin Drew Bieber ma obowiązek zachowania tajemnicy zawodowej
8) Justin Drew Bieber ma obowiązek utrzymywania celującego zachowania przebywając z cywilami 
9) Justin Drew Bieber ma zakaz zbliżeń fizycznych ze Skylynn Mabel Hall
10) Justin Drew Bieber ma obowiązek udzielenia pomocy Skylynn Mabel Hall w momencie zagrożenia zdrowia lub życia
11) Justin Drew Bieber nie ma obowiązku uczęszczać na zajęcia pozalekcyjne na terenie i poza terenem szkoły
12) Justin Drew Bieber ma obowiązek uczęszczać na wszystkie zajęcia lekcyjne 
13) Justin Drew Bieber ma prawo wykorzystać świadectwo zakończenia szkoły do własnych, osobistych celów
14) Justin Drew Bieber ma obowiązek wykonywać polecenia Bruca Halla oraz Skylynn Mabel Hall, z wyjątkiem poleceń wiążących się z poniżeniem, możliwością uszczerbku na zdrowiu lub życiu, strat materialnych
15) Justin Drew Bieber ma obowiązek okazywania szacunku pracodawcy oraz Skylynn Mabel Hall
16) Justin Drew Bieber ma obowiązek natychmiastowego zgłoszenia wszelkich niedomówień
17) Justin Drew Bieber ma prawo posiadania broni I stopnia
18) Justin Drew Bieber ma zakaz posiadania broni II, III, IV, V oraz VI stopnia
19) Justin Drew Bieber ma prawo użycia broni jedynie w wypadku zagrożenia życia Skylynn Mabel Hall
20) każdy złamany punkt wiąże się z unieważnieniem umowy

§2
1) termin rozpoczęcia pracy: 18 październik 2015 r.


17 październik 2015 r.
Justin Drew Bieber                                                                            Bruce Hall

   Po przestudiowaniu umowy, wróciłem wzrokiem na Skylynn, która teraz uśmiechała się zwycięsko.
   - Mam nadzieję, że umiesz czytać ze zrozumieniem. W punkcie pierwszym jest słowo 'szofer', w punkcie drugim 'miejsca ustalone przez Skylynn Mabel Hall' i punkt piąty 'Justin Drew Bieber ma obowiązek udzielać transportu Skylynn Mabel Hall, gdy będzie to z jej strony uznawane za konieczne', poza tym gdybyś nie chodził do szkoły, złamałbyś punkt dwunasty, co automatycznie wiąże się z rozwiązaniem umowy - wyrecytowała, bez najmniejszego zająknięcia.
   - Na pamięć się tego uczyłaś? - warknąłem, zirytowany do granic możliwości.
   - A-a-a, punkt piętnasty 'Justin Drew Bieber ma obowiązek okazywania szacunku pracodawcy oraz Skylynn Mabel Hall'. - Uniosła palec, mówiąc powoli i wyraźnie, a we mnie aż wrzało.
   - W dupie mam twoje punkty, no wiesz w tej czarnej dziurze, zwaną odbytem - przedrzeźniłem ją i wcisnąłem jej z impetem kartkę w dłoń, podciągając rękawy koszuli, a jej wzrok powędrował na moje tatuaże. 
   - To nie moje punkty, tylko mojego ojca i twoje, ja tylko cytuję, Justin. - Dobitnie podkreśliła moje imię z władczym tonem. Księżniczka od siedmiu boleści.
   - W Dubaju cię chowali? Jesteś tak samo zgorzkniała jak te wszystkie Araby.
   - Jeżdżę tam tylko na wakacje, ale może odrobina zgorzkniałości ludzi, którzy śpią na dolarach za ropę przeszła na mnie. No wiesz myślę, że te wszystkie Lamborghini, złote iPhony, rezydencje wielkości całego Bronxu, wpływają na ludzi.
   -  A ja myślę, że młodsze pokolenia nadużywają sarkazmu. Jak chcesz komuś powiedzieć żeby spierdalał to powiedz 'spierdalaj', a nie 'fajny zegarek'.
  - Fajny zegarek.
  Zacisnąłem zęby aż usłyszałem jak zgrzytają, gdy się o siebie ocierały, a moje dłonie instynktownie zwinęły się w pięści. Ta dziewczyna była tak arogancka, wręcz chamska, że nie wierzyłem, że rozmawiam z tą samą Skylynn Hall, która opowiada mediom o swoich marzeniach pokoju na świecie. Skylynn, która teraz przede mną stała wyglądała na taką, która marzy jedynie o nowej torebce od Givenchy. 

I jest w końcu nasza Skylynn.
Nasza mała, chamska Sky...
Mam nadzieję, że właśnie taki jej obraz mieliście w głowach, a może i nie.
Byłabym zadowolona gdybym was zaskoczyła ;)
Uznałam, że w ffs jest potrzebna w końcu jakaś arogancka, pewna siebie,
zadufana bohaterka. Bo jak na razie spotkałam się tylko z
landrynkami, które poza jednorożcami świata nie widzą.
Mam nadzieję, że i dla was jest to jakaś nowość.
Nie każę wam lubić Skylynn, bo ona nie jest fajna lol ale 
dajcie jej trochę czasu *emoji złożone ręce do modlitwy*

much love x
@imissbizzle

14.07.2015

01. Fuckin' Chicago.

Justin's POV*
   Pieprzone Chicago, przekląłem w myślach wsiadając do białego Range Rovera wypchanego po brzegi koką. Jestem ciekawy jak ja to wszystko przewiozę bez żadnej kontroli, jadąc grubo ponad tysiąc kilometrów. Nie chcę być sceptyczny, ale jestem skazany na porażkę.
   Odetchnąłem głęboko, wsuwając kluczyki do stacyjki i wyjechałem z hangaru zaraz za białym BMW i Mercedesem. Zastanawiam się dlaczego Salvatore od razu nie wsadził nas w Porschaki i McLareny, na pewno byśmy się mniej rzucali w oczy. Wyczuwacie sarkazm? Przecież widok młodego faceta w tak ekskluzywnym aucie świadczy tylko o jednym - diler.
   Do celu mieliśmy prostą drogę, ale to nie świadczyło o tym, że trasa będzie należała do najprostszych. Już po niecałej godzinie jazdy praktycznie pustą autostradą, miałem serdecznie dość Alfredo i Francesco rozmawiających przez cały czas po włosku przez radio. Nerwowo wybijałem rytm Mercy Kanye Westa palcami o kierownicę i rapowałem razem z nim i Big Seanem robiąc z siebie kretyna, jak dobrze, że jechałem jako ostatni. Zawzięcie gestykulowałem, a miejscami dosłownie szarpałem kierownicę chyba trochę zbyt się we wszystko wczuwając. Uniosłem Red Bulla do ust i prawie się poplułem, gdy zobaczyłem liczbę na wskaźniku, która cały czas wzrastała i nie mogłem zrobić nic innego jak nie dotrzymać tempa tym debilom.
   Francesco w BMW zaczął wyprzedzać ciemnozielonego Nissana ze starszego rocznika, a zaraz za nim Alfredo, jadąc zdecydowanie zbyt blisko wyprzedzanego auta, na co kierowca zatrąbił.
Spodziewałem się, że chłopcy to zwyczajnie zignorują, jednak BMW zaczęło zwalniać, a Porsche nie zjechało na odpowiedni pas, jadąc wciąż przy Nissanie, przy czym i ja nie ułatwiłem niczego kierowcy, zastawiając go od tyłu.
   - Nie róbcie scen - warknąłem przez radio, co poskutkowało jednym wielkim niczym. Francesco zupełnie się zatrzymał przez co kierowca za nim także był do tego zmuszony. Ja również stanąłem, gdy tylko zrobił to Alfredo. Obaj wysiedli z pojazdów i żaden z nich nie wyglądał na takiego, który chciałby jedynie zwrócić uwagę, a ja nie miałem teraz nastroju na jakieś afery.
   Zbliżyłem się do nich, gdy otworzyli drzwi zastawionego samochodu, a na widok mężczyzny w pełnym mundurze policyjnym zaśmiałem się ironicznie. Odwróciłem się tyłem, wplątując palce we włosy i pociągnąłem za nie, nie wierząc w swoje szczęście.
   - Idioci - warknąłem, sam do siebie i odszedłem kilka kroków, wyraźnie słysząc słowa policjanta.
   - Często tędy jeździcie chłopcy - powiedział z nutą kpiny w głosie i otworzyła się reszta drzwi, co świadczyło, że nie był sam. - I łatwo wami manipulować.
   Prychnąłem śmiechem, ociekającym czystą rozpaczą, zwracając tym na siebie uwagę, gdy Francesco i Alfredo w tym czasie rzucali, najprawdopodobniej przekleństwami i wyzwiskami, po włosku. Po chwili moje ręce wygięły się do tyłu, a szorstki, męski głos obił się w moim uchu.
   - Zostajesz aresztowany.

'Justin Bieber po kilku miesiącach poszukiwań został złapany wraz z dwójką innych przestępców, 250 kilometrów od Nowego Jorku, podczas przemytu narkotyków. Młody mężczyzna przed, którym drżało całe miasto został skazany na dożywocie w oskarżeniu za brutalne morderstwa, kradzieże, pobicia, podpalenia, handel narkotykami, zastraszanie, nielegalne posiadanie broni oraz wyścigi uliczne, a to i tak jedynie kilka przykładów...' 
- Widzisz go? - Mężczyzna w średnim wieku wskazał pilotem na ekran, na którym właśnie wyświetliło się więzienne zdjęcie Justina Biebera, tuż przy twarzy młodej reporterki. - Myślę, że ten chłopak może ci pomóc. 
- Żartujesz sobie? - Bruce zmarszczył brwi, kręcąc przecząco głową. - Nie wyciągnę z paki kogoś kogo chciałem do niej wsadzić pół roku. Nie ma mowy Alex.
- Daj spokój, kogoś takiego właśnie ci trzeba. Idealnie sprawdzi się w roli stróża Skylynn - zaczął wyjaśniać. - Postawimy mu kilka warunków. W zamian za wolność ma być grzeczny, porzucić czarne interesy i pilnować twojej córki. Uciekał nam grube miesiące, jest jak pieprzony Bin Laden, dostał się nawet do włoskiej mafii i gdyby nie ci kretyni, którzy z nim byli dalej by uciekał, czego jeszcze chcesz?
Bruce przysunął się bliżej masywnego, dębowego biurka na skórzanym fotelu i westchnął głęboko, opierając łokcie.
- Niech będzie. Wypuśćmy tego skurwiela.

*trzy tygodnie później*
   Dobiegł mnie charakterystyczny dźwięk wpisywania kodu na panel i syk otwierających się tytanowych drzwi celi. Jakbym był jakimś pieprzonym Iron Manem.
Niechętnie się podniosłem, gdy do środka wszedł mężczyzna w mundurze. Wywróciłem oczami na jego widok i wyciągnąłem ręce, na których po chwili zacisnęły się kajdanki.
   - Idziemy Bieber. - Poczułem szarpnięcie za ramie i zrobiłem kilka gwałtownych kroków w przód. Zacisnąłem zęby i spojrzałem na muskularnego mężczyznę, który beznamiętnie patrzył przed siebie prowadząc mnie przez ogołocony korytarz, nafaszerowany jedynie kamerami.
Przeszliśmy przez kolejne pancerne drzwi i znaleźliśmy się w niewielkim pomieszczeniu, na którego środku stał stolik i dwa krzesła. Posadził mnie na jednym z nich i stanął pod ścianą z bronią w dłoni.
   Powinno mnie obchodzić po co mnie tu przyprowadził? Chyba tak. Jednak miałem na to kompletnie wywalone.
   Siedziałem prosto, ze wzrokiem wbitym w drzwi przede mną, które po chwili otworzyły się z impetem i wmaszerował mężczyzna w garniturze w otoczeniu chyba całej pieprzonej amerykańskiej armii. Uśmiechnąłem się kpiąco na jego widok, co wyraźnie zignorował i rozpinając jeden guzik marynarki usiadł przede mną. Oparł się na łokciach składając dłonie jak do modlitwy i przez dłuższą chwile nic nie mówił przyglądając mi się. Niewzruszony patrzyłem mu w oczy po chwili decydując się zacząć.
   - A ty to..? - urwałem.
   - Justin - wymówił moje imię powoli i wyraźnie, jak do upośledzonego dziecka, na co zmarszczyłem brwi.
   - Tak, wiem jak mam na imię - mruknąłem z irytacją. Mężczyzna odchrząknął poprawiając się na miejscu i zwilżył usta.
   - Nazywam się Alexander Downey, jestem doradcą prezydenta Stanów Zjednoczonych i przychodzę do ciebie z pewną ofertą.
   - Z ofertą? - powtórzyłem, nieco skołowany, ale nie dałem nic po sobie poznać.
   - Więcej dowiesz się na spotkaniu z prezydentem - powiedział, przyglądając mi się. Mierzył mnie wzrokiem, jakby oczekiwał, że wylezie ze mnie Terminator, czy chuj wie co.
   - Więcej? - zaśmiałem się, niby rozbawiony. - Przecież kompletnie nic mi nie powiedziałeś. - Chciałem rozłożyć ramiona, jednak kajdanki zaciśnięte na nadgarstkach skutecznie mi to uniemożliwiły.
   - Rozkujcie go, nie jest zwierzęciem. - Skinął głową na policjanta za mną. Chciałem powiedzieć coś zgryźliwego, ale uznałem, że nie warto marnować okazji na trochę luzu.
   Mężczyzna podszedł do mnie na co wystawiłem skute dłonie, a po chwili posłusznie zabrał to uciążliwe żelastwo z moich nadgarstków.
   - Dzięki Freddie. - Uniosłem na niego wzrok i uśmiechnąłem się do niego złośliwie, na co tylko zacisnął zęby i wrócił na swoje miejsce. Westchnąłem zadowolony i wróciłem wzrokiem na Downeya.
   - Wiem jakim człowiekiem jesteś, Justin. Nie chcę tu używać słowa 'introwertyk', bo ty po prostu posuwasz się o krok dalej. Nie zależy ci na zdaniu pozostałych, mówisz to co myślisz i ignorujesz innych - zaczął, opierając przedramiona na obskurnym blacie minimalistycznego stołu i szczerze mnie zainteresował tym co miał mi do powiedzenia. - Nie mam na myśli też określenia 'chamski'. Chodzi mi o to, że zawsze odpowiadasz tak inteligentną i ciętą ripostą, że traci się ochotę na przebywanie z tobą w jednym pomieszczeniu, a tym bardziej na rozmowę. Wydajesz się być osobą, która ma przeświadczenie o swojej wyższości nad resztą społeczeństwa. Nie zależy ci na ukazaniu siebie w jak najlepszym świetle, nie zwracasz uwagi na to jak postrzegają cię osoby trzecie, chcesz po prostu robić to na co masz ochotę. Jesteś anarchistą. Idziesz do celu po trupach, wyłączasz uczucia, nie przejmujesz się innymi. Doprowadzasz do szału swoją obojętnością i brakiem zainteresowania, brakiem wrażliwości, empatii i tą aurą wyższości. I bardzo dobrze wiem, że nie można być takim człowiekiem z natury, zazwyczaj wystarczy jedna osoba-
   - Dość! - przerwałem mu ostro, uderzając pięścią w stół. - Jeżeli siedzisz tu po to, aby prawić mi kazania to spisz je dokładnie na kartkę i wsadź sobie w dupę, ale tak głęboko, że aż poczujesz jak ci łaskocze podniebienie. To wszystko? Super, więc możesz mnie stąd zabrać, Fred - warknąłem, dosłownie czerwieniejąc w złości.
   - Spokojnie, Justin. - Uniósł dłonie, najwyraźniej żeby mnie powstrzymać przed odejściem. - Przepraszam, nie chciałem ci zagrać na nerwach, po prostu staram się do ciebie dotrzeć, okey? - powiedział na jednym wdechu. Czułem do niego dziwną sympatię, czułem, że mimo wszystko mogę mu zaufać, ale nie od dziś wiadomo, że politycy to zwykłe złamasy. Emocje nieco ze mnie opadły, co widocznie zauważył, bo pozwolił sobie kontynuować.
   - Więc? Chcesz się stąd wyrwać? - Uniósł zachęcająco ciemną brew.
   - Jasne, że chcę, ale nadal nie rozumiem dlaczego tu przede mną siedzisz i wygadujesz takie rzeczy. Do kurwy nędzy, dostałem dożywocie, cała Ameryka mnie nienawidzi, a ty mi opowiadasz, że prezydent chce się ze mną spotkać... Nie sądzisz, że to trochę takie, no wiesz... absurdalne? - Wzruszyłem ramionami, starając sobie jakoś wszystko złożyć do kupy, ale nic racjonalnego nie przychodziło mi do głowy. Dosłownie jedna wielka pustka.
   - Skąd możesz wiedzieć, że to dotyczy pozytywnych rzeczy, hm? - Zerknął na moment na wyświetlacz telefonu komórkowego, gdy dostał wiadomość.
   - Inaczej nie byłbyś miły, nie traciłbyś tu teraz czasu i wygadywał nie wiadomo co przez okrągłe piętnaście minut. Gdyby sam Bruce Hall chciał mi wpakować kulkę w łeb, to po prostu byście mnie stąd zgarnęli i koniec historii - mruknąłem od niechcenia.
   - Mądry jesteś - zaśmiał się, kręcąc głową.
   - Nie trzeba być pieprzonym Eisteinem, żeby do tego dojść i nie musisz mi lizać dupy. - Zwilżyłem nerwowo wargi, znów się irytując.
   - Dobrze. - Uniósł dłonie w obronnym geście. - Chcę dojść tylko do kompromisu. Więc odpowiedz mi teraz krótko. Chcesz sprawdzić ofertę, czy nie?
   - Nie - warknąłem oschle, a Alex uniósł brwi jakby nie dowierzając i już otworzył buzię do negocjacji, gdy mu przerwałem. - Żartowałem. Zbierajmy się stąd. - Kiwnąłem na niego dłonią i podniosłem się z miejsca, na co od razu Fred znalazł się tuż przy mnie i zacisnął dłoń na moim ramieniu.
   Alex wstał zaraz po mnie, wsuwając koszulę za garniturowe spodnie i zapiął guzik marynarki, który rozpiął na wejściu.
   - Puść go - westchnął. - Ufam mu - spojrzał na mnie w stylu 'ogarnij się na moment i nie fikaj' - i wierze, że nie będzie się wychylał, prawda Justin?
   - Prawda. - Posłałem uśmieszek policjantowi i wyszarpnąłem się z jego uścisku. - Więc łapki przy sobie Fred, nie wiadomo gdzie je wcześniej trzymałeś.
   Gołym okiem było widać, że miał ochotę mi teraz porządnie przypieprzyć i nie dowierzał w to co się dzieje, że osoba, która powinna chronić mieszkańców swojego kraju, właśnie ponownie ich na mnie skazuje. Ale naprawdę byłem ciekawy co takiego Bruce Hall mi oferuje i naprawdę nie miałem ochoty do zasranej śmierci liczyć cegły więziennej ściany. Do tego wszystkiego od tygodni byłem na narkotykowym głodzie i jeszcze co do głodu, obiady tutaj wyglądały i smakowały jakby ktoś je najpierw zjadł, później wysrał, znów zjadł i wysrał, zjadł, wysrał, zjadł i wyrzygał. Serio. Bez przesady.
   - Odbierzesz teraz swoje rzeczy - powiedział Alex, wychodząc ze mną z pomieszczenia jak z równym sobie. O dziwo nie przeszkadzali mi nawet ci wszyscy jego ochroniarze, czy kim oni tam byli.
   Odebrałem to co do mnie należało, przebrałem się w swoje stare rzeczy, a mianowicie czarne zwężane spodnie, czarną koszulkę i białe nike za kostkę i wyszliśmy z budynku, przed którym czekały na nas czarne Range Rovery z ciemnymi szybami. Tak, właśnie tak to sobie wyobrażałem. Range Rovery, c z a r n e przede wszystkim. Chyba by im państwo upadło, gdyby nimi nie przyjechali.
   Niepewnie wsiadłem do jednego z nich, gdy zostałem o to poproszony i wciąż czułem, że za bardzo im tu wszystkim ufałem. Jednak pokusa wolności działała na mnie tak silnie, że byłem w stanie poświęcić za nią naprawdę wiele. I w sumie nie byłem pewien co właśnie czułem. Nie był to ani strach, czy nawet niepokój, ani szczęście. Można powiedzieć, że nie czułem nic. Tak jak powiedział wcześniej Downey- wyłączyłem się z uczuć, nic mnie nie obchodziło. Chciałem być po prostu wolny.
   Po chwili obok mnie usiadł Alex, każąc kierowcy ruszyć, podając przy tym adres miejsca w którym właśnie przebywał i czekał na mnie prezydent. Całkiem fajne uczucie.
   Prezydent cię oczekuje.
   Gdybym był niedojebanym dzieciakiem uniósłbym podbródek, uśmiechnął się jak debil i powiedział 'Na kolana szmaty', a jako, że niedojebany nie jestem (a tak mi się zdaje), siedziałem cicho, patrząc na szybko przemijający obraz za oknem.
   W pewnym momencie pomyślałem, że może po prostu chcą ze mnie wyciągnąć nazwiska z organizacji Salvatora, albo nawet Ridera i Scotta. Pomagali mi praktycznie we wszystkim, ale byli, jakby to określić... Niewidzialni. W tym wszystkim istniałem tylko ja. A przynajmniej mieliśmy takie poczucie.
Momentalnie się spiąłem. Nie chciałem ich pakować w żadne gówno. Cholera, zbyt łatwo się na wszystko zgodziłem. Byłem w stanie i mogłem wycisnąć z Downeya znacznie więcej.
   Skrzyżowałem ramiona na piersi, starając się nie okazać wahania i zaniepokojenia, przez które droga ciągnęła mi się w nieskończoność. Alexander ciągle odpisywał na e-maile na telefonie, nie okazując zainteresowania.
   Dopiero po jakiejś godzinie samochód zatrzymał się przed, lekko mówiąc, wielką rezydencją. Ale czego miałem się spodziewać po takich ludziach? W sumie zdziwiłbym się gdyby podwieźli mnie pod jakąś melinę na obrzeżach Nowego Jorku. Wysiadłem z pojazdu i dyskretnie rozejrzałem się po okolicy. Wszystko tu ociekało pedantycznością.
   - Możemy iść? - zapytał Alex, kładąc dłoń na moim ramieniu. Skinąłem lekko głową, sztywniejąc pod jego dotykiem, co natychmiast wyczuł i zabrał rękę.
   Wraz z całą świtą facetów w garniturach weszliśmy po marmurowych stopniach, a jeden z mężczyzn pchnął wysokie na trzy metry drewniane drzwi, które nie wyglądały na tyle lekkie, aby można je było sobie po prostu pchnąć, ale nie wnikam. Wnętrze jednak było minimalistyczne, wysmakowane i z wyczuciem. Białe meble z szarymi i srebrnymi akcentami nie dawały wrażenia psychiatryka, ale uspokojenia i rozluźnienia. Po kilku sekundach po schodach zszedł wysoki, nieco posiwiały mężczyzna w garniturze.
   Bruce Hall. Prezydent Stanów Zjednoczonych we własnej osobie.
   Szczerze mówiąc, nie wiedziałem jak należy się przy nim zachowywać, jak się z nim przywitać. Mam przed nim uklęknąć? Zasalutować? Pocałować w sygnet? Wyrecytować hymn?
   Hall podał mi dłoń, posyłając ciepły uśmiech.
   Och.
   Uścisnąłem ją, ale nie zdobyłem się na uśmiech.
   - Bruce Hall - przedstawił się, wciąż trzymając moją dłoń w uścisku.
   - Wiem. Justin Bieber - odparłem, patrząc mu uważnie w oczy, ale nie okazywały niczego poza... sympatią?
   - Wiem. - Zaśmiał się lekko i opuścił rękę. - Zapraszam do gabinetu. - Wskazał na schody prowadzące na górę i ruszył w ich kierunku, gdy upewnił się, że idę za nim. Po chwili znaleźliśmy się w biurze, które było równie proste jak reszta domu. Usiadł za biurkiem w skórzanym, czarnym fotelu i wskazał na ten tuż obok mnie.
   - Dziękuję - mruknąłem pod nosem, z trudem się zdobywając na te słowa i opadłem na wyjątkowo niewygodny mebel, starając się nie zgrymasić. - Dlaczego tu jestem? - zacząłem, poprawiając się na miejscu.
   Prezydent nieco się pochylił opierając łokcie na blacie i splótł dłonie przykładając je do ust. Przez chwile nie odpowiadał, a ja cierpliwie czekałem aż w końcu raczy się odezwać.
   - Masz dwadzieścia jeden lat, tak? - zapytał, kompletnie zbijając mnie z tropu. Przez moment się zawahałem, jakby tą informację miał wykorzystać przeciwko mnie.
   - Tak - powiedziałem w końcu, uciekając na moment wzrokiem w bok, zerkając na to co dzieje się za oknem.
   - Skończyłeś szkołę?
   Na cholerę mu to wiedzieć!
   Przetarłem usta, kierując powoli dłonią na policzek i cofnąłem ją na linię szczęki i brodę, na jakiś czas zatrzymując na niej palce.
   - Nie.
   - Więc masz szansę na dalszą edukację. - Po raz kolejny się uśmiechnął, a ja w tym momencie już w ogóle nie wiedziałem co się dzieje. W odpowiedzi jedynie zmarszczyłem brwi, patrząc na niego jak na ostatniego debila. - Może wyrażę się jaśniej - westchnął.
   - Ta, przydałoby się - zaśmiałem się nerwowo, kiwając przy tym głową.
   Pochylił się bardziej, jakby to co zaraz miało wypłynąć z jego ust było największą tajemnicą państwową.
   - Dokładnie prześledziłem twoje życie, Justin. Ja i moi ludzie. Twoje zdolności są naprawdę imponujące, jesteś bezwzględny, sprytny i inteligentny, potrafisz przewidzieć ruch przeciwnika i mimo wszystko to cenię w tobie najbardziej.
   Mam mu podziękować?
   - Jesteś mi potrzeby Justin - powiedział, wykładając na blat plik zadrukowanych kartek. - W zamian za pilnowanie mojej córki i wycofanie się z kryminalnego świata, oferuję ci wolność i dziesięć milionów dolarów.
   O kurwa.
   - Słucham? - prychnąłem śmiechem, pochylając się nieco. To naprawdę było zabawne.
   - To co słyszałeś - westchnął, prostując się. - Mam wrażenie, że rówieśnicy Skylynn źle na nią wpływają. Chcę żebyś miał ją na uwadze, dbał o nią... Wiesz o co mi chodzi?
    - Moment. - Uniosłem dłoń, przerywając mu. - Sprowadził pan mnie - wskazałem na siebie palcem, mówiąc powoli - żebym niańczył pańską córkę? Jestem uznawany za jednego za najbardziej niebezpiecznych ludzi w Stanach, bez urazy ale, odjebało panu?
   - Wierzę, że mogę ci ufać. - Spojrzał na mnie, jakby czekał na potwierdzenie, ale czy mogłem go zapewnić? - Nie chcę brać do tej roboty byle kogo.
   To dlaczego nie wskrzesisz Hitlera albo Bin Ladena? Też są ekstra.
   - No nie wiem. - Podrapałem się po karku z grymasem. Nie tego się spodziewałem.
   - Płacę z góry i jesteś zwolniony z kary - starał się mnie przekonać.
   - Chcę pięćdziesiąt milionów, wolność, twój zegarek - wskazałem na złotego Rolexa na jego nadgarstku - i umowa stoli. Nie ma co, to poleci też z mojego podatku. - Rozłożyłem ramiona, a Hall rozpiął bransoletę i rzucił zegarek w moim kierunku.
   - Wątpię, że płacisz podatki - mruknął. - Proponuję od razu podpisać umowę. - Przesunął w moją stronę stosik spiętych ze sobą kartek oraz długopis. Od początku był pewny, że przyjmę propozycję.
   Dokładnie przeczytałem nawet najmniejszy druk, ale przy wypłacie pięćdziesięciu baniek nie dostrzegłem zastrzeżeń. Podpisałem się w kilku miejscach, a Bruce wręczył mi szarą kopertę A4.
   - Wszystkie formalności szkolne są już załatwione, w kopercie jest twój plan zajęć dopasowany do Skylynn i adres szkoły, podręczniki dostaniesz w sekretariacie - wyjaśnił.
   - W porządku. - Zgiąłem kopertę w pół, zaciskając ją w palcach. - A co ludzie na to, gdy dowiedzą się, że wyszedłem? - zadałem najważniejsze pytanie.
   - Zostałeś oczyszczony z zarzutów. Jakby co to nie byłeś ty, znalazłeś się w tym wszystkim z czystego przypadku, rozumiesz?
   Skinąłem głową w odpowiedzi.
   - Zaczynasz od jutra i jeszcze jedno Justin. Nie chcę żeby ciebie i Sky łączyło cokolwiek więcej niż koleżeństwo.
   - Nie interesują mnie klientki - sprostowałem, wykrzywiając usta w uśmiechu.
   - Justin. - Obaj wstaliśmy, ściskając sobie dłonie. - Interesy z tobą to przyjemność.

Zostawiłam Was z prologiem tak bez żadnego słowa.
Ale chciałam tylko powiedzieć, to co wszyscy: Mam nadzieję, że się podobało :)
Dziękuję Wam bardzo za takie pozytywne komentarze, nawet nie zdajecie sobie sprawy ile każdy z nich dla mnie znaczy i każdy czytałam z uśmiechem, przysięgam :)
I tym razem jestem ciekawa Waszych opinii i jako bonus każdy pojedynczy komentarz bardzo, ale to bardzo motywuje.
Jestem ciekawa jak wyobrażacie sobie pierwsze spotkanie Justina i Skylynn oraz czy taka długość rozdziałów Wam starcza, czy wolelibyście dłuższe, a może nawet i krótsze. 

+ zapraszam do obejrzenia zwiastuna, który mieści się pod zakładką 'trailer'
much love xx
@imissbizzle
 

8.07.2015

00. You worked nicely.

Justin's POV*
   - To ostatni! - zawołałem do Ridera i Scotta, gdy rozlałem ostatni bak benzyny na lśniącej karoserii czerwonego Forda i powstrzymując śmiech samozadowolenia podbiegłem do przyjaciół rozlewając za sobą resztki benzyny. 
   - Gotowi na fajerwerki? - zapytał Rider, odpalając knot zapałki i z psychopatycznym wzrokiem uwielbienia wpatrywał się w jasny płomień. - To będzie epickie - dodał po dłuższej chwili i powiódł spojrzeniem po kilkudziesięciu autach na strzeżonym parkingu, który wcale nie był strzeżony. 
   Blask słabo świecących latarni odbijał się na mokrych, na oko, drogich autach, a ja z podniecenia wydarzeniami które zaraz miały nastąpić mocno zacisnąłem dłoń na ramieniu Ridera. 
   - Patrzcie teraz chłopcy - mruknął i rzucił zapałkę wprost w kałużę pod środkowym samochodem, ale kompletnie nic się nie wydarzyło.
   Miny automatycznie nam zrzedły.
   - Co jest? - Zmarszczyłem brwi opuszczając rękę i w tym samym momencie wszystko zajęło się ogniem, a po ogniu nastąpił wybuch, który odrzucił do tyłu całą naszą trójkę. Upadliśmy na plecy trzy metry dalej, wznosząc do góry chmurę kurzu, a dookoła zawyły alarmy.
   - Uciekajcie! - krzyknął Scott, zanosząc się śmiechem. - Spieprzajcie! - darł się, ruszając przed siebie, zanosząc się śmiechem, a za nim ja i Rider, śmiejąc się równie głośno co skutecznie spowalniało nasz bieg. Właściwie to zataczaliśmy się skuleni przez ból brzucha od śmiechu, a nogi co i rusz nam się plątały, potykając nas co kilka metrów. W związku z tym, zatrzymaliśmy się już po piątym zakręcie, wpadając w jakąś uliczkę i nawet już stojąc nie potrafiliśmy powstrzymać histerycznego śmiechu. Spoglądaliśmy na siebie powoli się uspokajając i ocierając łzy. 
   - No panowie - powiedział Rider, prostując się i grzebiąc w kieszeni spodni. - Za dobrze wykonane zadanie, należy nam się nagroda. - Wyjął niewielki słoiczek po aspirynie, jedną  dłonią przeczesując splątane włosy. Uniósł pojemnik na wysokość twarzy, lekko nim potrząsając, a z wnętrza dobiegło ciche gruchanie.
   W rzeczywistości on i Scott jedynie mi pomagali. Musiałem trochę narozrabiać w mieście żeby pieprzony Marco Salvatore w końcu się nade mną zlitował i wziął mnie do siebie. Już od kilku miesięcy staram się wejść do włoskiej mafii, a to, że właśnie nie jestem cholernym Włochem skutecznie krzyżuje moje plany. Gdy do niego przyszedłem, wyraził się jasno. Mam mu zaimponować. A co nie zaimponuje bardziej popieprzonemu psychicznie mafiozie jak nie zabójstwa, kradzieże, zamieszki i tego typu rzeczy? No właśnie. Więc od dłuższego czasu robię wszystkie te rzeczy i modlę się żeby mnie nie złapali.
   - Lepiej gadaj co tam masz - powiedziałem chcąc mu wyrwać buteleczkę ale w porę uniósł ją wyżej, poza mój zasięg. 
   - Dwadzieścia prawdziwych Lemonów. - Obaj ze Scottem wytrzeszczyliśmy na niego oczy.
   - Nie gadaj. - Tym razem wyrwałem mu słoiczek z ręki odkręcając wieczko. 
   Dla ćpunów, takich jak my, Lemony 714 były Świętym Gralem. 
   Były produkowane jako środek usypiający, ale gdy odkryto, że powstrzymując pokusę snu i po kilku minutach dostawało się nieziemskiego haju, wycofano je z Ameryki... oraz reszty świata. 
   - Skąd je masz? - zapytałem nadal nie wierząc w to co widzę. 
   - Dziesięć lat leżały w sejfie emerytowanego aptekarza - odparł, uśmiechając się cwanie. 
   - Znokautują nas - powiedział Scott, wyjmując z moich dłoni słoik, zaglądając do wnętrza. - Myślałem, że są tylko legendą. 
   - To - Rider wskazał na Lemony - jest trzy razy mocniejsze od czegokolwiek dzisiaj dostępnego.
   - Więc na co jeszcze czekamy? - prychnąłem i wyrywając Scottowi fiolkę wysypałem sobie na dłoń jedną, białą tabletkę, po czym uczyniłem to samo dla przyjaciół. - Naćpajmy się. - Trzymałem w palcach pigułkę wpatrując się w nią.
   - Gotowi? - Rider powiódł po nas wzrokiem. Jego oczy były ciemne jak dwa węgle, a czarne, opadające na powieki włosy dodatkowo je podkreślały. Z wyglądu nie był nikim, kogo chciałbyś spotkać samotnie, zimą, w ciemnym zaułku. 
   Pokiwaliśmy głowami i unieśliśmy ręce stukając się tabletkami. 
   Wysunąłem język, na który położyłem Lemona, po czym schowałem go w ustach starając się przełknąć, co było co najmniej ciężkie. Czułem jak tabletka staje mi w przełyku i zauważyłem, że reszta miała ten sam problem, więc w trójkę klepaliśmy się pięścią w pierś i chrząkaliśmy. 
W końcu, ja przełknąłem pierwszy, a tuż po mnie Rider i Scott. 
   - Chodźmy do mnie, zanim zaczną działać - zaproponowałem i tak zrobiliśmy. 
   Skierowaliśmy się do mojego mieszkania kilka przecznic stąd.

><
   Padliśmy na kanapę włączając telewizor. Czekaliśmy aż Lemony zaczną działać, a sen napierał coraz bardziej.
   Minęła godzina ale nic się nie działo.
   - Czujecie coś? - zapytałem, poprawiając się w miejscu i kładąc nogi na stolik.
   - Nie - odparli niemrawo.
   - Może to niewypały? - zasugerowałem. - Albo po tylu latach jesteśmy uodpornieni.
   Nastała krótka chwila ciszy.
   - Weźmy jeszcze po jednej - powiedział Rider i natychmiast rzuciliśmy się na fiolkę. Scott nalał nam do szklanek odrobinę wódki i połknęliśmy kolejne tabletki grymasząc się od smaku alkoholu.
   Była prawie trzecia nad ranem, a my nadal czekaliśmy od kilku godzin, gapiąc się tępo na moje zasyfione akwarium przy telewizorze, w którym chyba już nie było ani jednej żywej ryby.
   - Idę do kibla - mruknąłem z rezygnacją i wstałem z miejsca, kierując się do łazienki.
Zatrzasnąłem za sobą drzwi i już sięgałem po rozporek, gdy poczułem jak w ustach zbiera mi się nadmiernie ślina, a ciało wiotczeje.
   Zwykle, gdy bierze się narkotyki następuje kilka faz. Pierwsza to faza mrowienia. Druga, bełkot. Trzecia to ślinotok. Czwarta natomiast to pozbawienie możliwości ruchu, a piąta... W trakcie piątej fazy to już nawet nie wiesz czym jesteś.
   Lemony zadziałały po trzech godzinach. Ale gdy już zadziałały to pominąłem pierwsze dwie fazy, przechodząc od razu do ślinotoku.
   Te skurwiele były tak silne, że odkryłem nową fazę- porażenie mózgowe.
   Moje ciało weszło w stan galarety i padłem na płytki starając się nie osikać.
   - Ri- eyy - wybełkotałem, starając się unieść głowę co było ograniczone do minimum. - Soooot. - Czułem jak po policzku cieknie mi ślina i zbiera się na podłodze tuż przy mojej twarzy. Niema to jak utopić się we własnej ślinie. Ale teraz modliłem się tylko żeby mój pęcherz nie puścił.
   Wstawaj do cholery! 
   Ale nie mogłem. Leżałem żałośnie obśliniony, niebawem także oszczany wpatrując się w komary na suficie.
   - U- styn - Usłyszałem bełkot, nie byłem pewien czy Ridera czy Scotta. Mogłem skupić się tylko na tym, że czułem ucisk w podbrzuszu.
   Musiałem się jakoś dostać do wc... albo chociaż do prysznica.
   Przekręciłem głowę w prawo. Brodzik prysznicowy był metr ode mnie.
   Myśl, przygłupie myśl!
   Chodzenie odpada... Ale mogę pełznąć jak gąsienica!
   Tak! Jak gąsienica!
   Ruszyłem.
   Cholera, u gąsienic wygląda to tak prosto. Ale czołgałem się dalej.
   Po piętnastu minutach, po jednym morderczym metrze niezgrabnie, zwiotczałymi palcami rozpiąłem spodnie i z ulgą załatwiłem to co miałem załatwić w brodziku.
   Z trudem ubrałem się i leżałem tak wdychając własne siki tuż obok, błagając aby szybko mi przeszło.

><
   Dobiegło mnie walenie do drzwi i zdałem sobie sprawę, że nadal leżałem na płytkach w łazience.Wstałem, dosyć niezgrabnie ale tym razem bez problemu, nie licząc obolałych pleców. Przeczesałem palcami włosy i przetarłem dłońmi oczy, widząc w lustrze jak źle wyglądałem.
Wszedłem do salonu mijając śpiących na podłodze Ridera i Scotta, a dookoła panował nieziemski syf. 
Chłopcy chyba dobrze się bawili, gdy galaretowatymi kończynami zrzucali przedmioty z mebli. 
   Przechodząc obok stolika wziąłem słoiczek z Lemonami i cisnąłem go do kosza na śmieci.
   Znów ktoś zapukał, tym razem donośniej.
   - Idę - zawołałem niemrawo. Stanąłem przed frontowymi i ostatni raz poprawiając włosy nacisnąłem na klamkę, a do środka wpadło dwóch napakowanych facetów.
Momentalnie zaschło mi w gardle.
   - Co jest, kurwa? - Zrobiłem kilka gwałtownych kroków w tył, zdezorientowany.
   Bez odpowiedzi rozeszli się na boki, a zza ich pleców wyszedł niski, opalony mężczyzna z posiwiałymi włosami i drogim cygarem między wargami.
   Marco Salvatore.
   - Co za burdel - mruknął, przesuwając wzrokiem po mieszkaniu, a na wystającą zza ściany rękę Ridera na podłodze, uniósł brwi.
   - Taa. - Udało mi się wymamrotać, przesuwając dłonią po karku ze zmieszaniem.
   - Co byś zrobił, gdyby teraz przyszła do ciebie matka? - zapytał z włoskim akcentem, a ja zmarszczyłem brwi zdezorientowany.
   - C-co?
   - Nie ważne, kretynie. To tylko jebana aluzja - warknął, wyszarpując sobie cygaro z ust, a mnie przeszedł dreszcz. Nawet zwykłe przekleństwo u niego brzmiało jak niemiecki rozkaz na wprowadzenie czołgów do Polski.
   Gdy nie odpowiedziałem, westchnął głęboko, dusząc wszystkich dymem tytoniowym, jednak nikt nie dał tego po sobie poznać.
   - Myślę, że domyślasz się po co tu do ciebie przyszedłem. Ładnie pracowałeś przez te kilka miesięcy i jestem niemal pewien, że całkiem nieźle się u mnie sprawdzisz. Dlatego mam dla ciebie już pierwsze zadanie. Masz tylko dostarczyć towar do Chicago. Nic prostszego - powiedział, w trakcie cały czas poprawiając mankiety, a mnie powoli zaczęło ogarniać uczucie euforii.
   Cholera to wszystko właśnie się działo, czy to jakaś kolejna faza, już po narkotykach? Oby to nie były halucynacje, błagam cię Boże.
   Salvatore powiedział coś do tych napakowanych facetów obok siebie po włosku, a po chwili jeden z nich podał mu białą kopertę, która następnie wręczył mi.
   - Tu masz wszystko, co będzie ci potrzebne. Nie nawal, Bieber. - Poklepał mnie po ramieniu i zwyczajnie wyszedł.